|
Arthur C. Clarke
Wartownik
Przy najbli�szej pe�ni Ksi�yca, gdy b�dzie on
wysoko na po�udniu, przyjrzyjcie si� uwa�nie prawemu skrajowi jego tarczy.
Nast�pnie, wzd�u� jej kraw�dzi, przesu�cie wzrok wy�ej. Tam, gdzie na zegarku
jest cyfra “ 2", ujrzycie niedu�y ciemny owal. �atwo go dostrze�e ka�dy cz�owiek
o normalnym wzroku. Jest to wielka, otoczona g�rami r�wnina, jedna z
najpi�kniejszych na Ksi�ycu, zwana Mare Crisium - Morzem Kryzys�w. Ma trzysta
mil �rednicy, otaczaj�ce j� g�ry s� wspania�e, lecz nie by�a jeszcze zbadana
zanim nie dotarli�my do niej w ko�cu lata 2096 roku.
By�a to du�a ekspedycja. Mieli�my dwa ci�kie
transportowce, kt�rymi przylecia�y nasze zapasy i wyposa�enie z odleg�ej o
pi��set mil g��wnej bazy ksi�ycowej na Mare Serenitatis, oraz trzy ma�e rakiety
transportu kr�tkodystansowego nad terenami nieprzejezdnymi dla naszych pojazd�w
naziemnych. Na szcz�cie wi�ksza cz�� Mare Crisium jest zupe�nie p�aska. Nie ma
tam wielkich rozpadlin, cz�stych i niebezpiecznych w innych okolicach, bardzo
za� ma�o jest jakichkolwiek g�r i krater�w. Mogli�my wi�c przewidywa�, �e nasze
pot�ne traktory g�sienicowe bez trudno�ci dowioz� nas gdzie zechcemy.
By�em geologiem, a je�li jeste�cie pedantami -
selenologiem, i kierowa�em grup� badawcz� po�udniowej po�aci Mare Crisium.
Przebyli�my w ci�gu tygodnia sto mil, trzymaj�c si� podn�y g�r wzd�u� brzeg�w
prastarego morza sprzed oko�o miliarda lat. Gdy na Ziemi rodzi�o si� �ycie,
tutaj ju� umiera�o. Wody, zst�puj�c do pustego serca Ksi�yca, opada�y wzd�u�
�cian urwisk zdumiewaj�cych ogromem. L�d, po kt�rym posuwali�my si� le�a� kiedy�
p� mili pod nieruchom� powierzchni� oceanu. Teraz jedynym �ladem wilgoci by�
szron, znajdowany niekiedy w g��bi jaski�, dok�d nigdy nie si�ga�y pal�ce
promienie s�o�ca.
W drog� wyruszyli�my na pocz�tku
d�ugiego ksi�ycowego wieczoru; do zapadni�cia nocy mieli�my ca�y ziemski
tydzie�. Kilka razy dziennie wychodzili�my z pojazd�w w skafandrach na
poszukiwanie ciekawych minera��w lub by ustawi� drogowskazy dla przysz�ych
podr�nik�w. Normalna procedura bez szczeg�lnych wydarze�. Badania Ksi�yca nie
s� ani ryzykowne, ani nawet wybitnie interesuj�ce. W naszych hermetyzowanych
traktorach mogli�my wygodnie mieszka� przez ca�y miesi�c, gdyby za� zdarzy�y si�
k�opoty - za��da� przez radio pomocy i czeka� spokojnie na przylot rakiety
ratunkowej. Oczywi�cie wywo�a�oby to okropne gderanie na temat marnowania paliwa
rakietowego; traktory nadawa�y wi�c SOS tylko w wypadkach prawdziwego
niebezpiecze�stwa.
Powiedzia�em przed chwil�, �e
ksi�ycowe wyprawy badawcze I nie s� szczeg�lnie interesuj�ce. To oczywi�cie
nieprawda. Te nieprawdopodobne g�ry, o ile� dziksze od �agodnych wzg�rz Ziemi,
nie mog� znudzi� nikogo. Okr��aj�c cykle i przyl�dki dawno nie istniej�cego
morza, nigdy nie wiedzieli�my, jakie nowe wspania�o�ci pojawi� si� przed nami.
Ca�y po�udniowy �uk Mare Crisium by� niegdy� pot�n� delt�, kt�r� sp�ywa�y do
oceanu tuziny rzek, zasilanych zapewne ulewnymi deszczami, kt�re musia�y smaga�
zbocza g�r podczas kr�tkiej, wulkanicznej epoki m�odo�ci Ksi�yca. Ka�de ze
starodawnych rzecznych �o�ysk wiod�o ku wy�ynom, wzywaj�c do wspinaczki. Ale
mieli�my przed sob� jeszcze sto mil drogi, i tylko mogli�my t�sknie spogl�da�
tam, gdzie b�d� si� wspina� inni.
W traktorze
pos�ugiwali�my si� czasem ziemskim. Dok�adnie o 22:00 nadawa�o si� do bazy
raport dzienny i mogli�my zamyka� sklepik. Na zewn�trz, pod s�o�cem stoj�cym
niemal w zenicie nadal p�on�y ska�y, ale dla nas by�a to ju� noc. Budzili�my
si� po o�miu godzinach. Jeden z nas bra� si� za gotowanie �niadania, s�ycha�
by�o g�o�ne brz�czenie elektrycznych golarek, kto� w��cza� program radiowy Ziemi
na kr�tkich falach. A gdy po kabinie zaczyna� si� rozchodzi� zapach sma�onego
bekonu, nieraz trudno by�o uwierzy�, �e nie jeste�my na Ziemi; wszystko by�o tak
zwyczajne i swojskie, pr�cz uczucia zmniejszonego ci�aru i nienaturalnie
zwolnionego spadania ka�dego przedmiotu.
Wypada�a moja
kolejka przygotowania �niadania w s�u��cym za kambuz k�cie g��wnej kabiny.
Pami�tam po tylu latach ten moment bardzo �ywo, bo radio w�a�nie gra�o jedn� z
moich ulubionych melodii, star� walijsk� piosenk� “Dawid z Bia�ych Ska�". Nasz
kierowca wyszed� ju� w skafandrze na zewn�trz, by skontrolowa� g�sienice. M�j
asystent Louis Garnett by� na g�rze w przedziale kierowcy, wpisuj�c do dziennika
pok�adowego sp�nione dane z dnia wczorajszego.
Stoj�c
nad patelni� niczym jaka� ziemska pani domu i czekaj�c, a� kie�baski si�
przyrumieni�, b��dzi�em leniwie spojrzeniem po zboczach g�r zamykaj�cych nasz
po�udniowy horyzont, a na wschodzie i zachodzie skrywaj�cych si� pod krzywizn�
powierzchni Ksi�yca. Cho� zdawa�o si�, �e od traktora dzieli je mila albo dwie,
wiedzia�em, �e do najbli�szej jest ich dwadzie�cia. Oczywi�cie na Ksi�ycu
odleg�o�� nie zaciera szczeg��w, nie ma tej niemal nieuchwytnej mgie�ki
zmi�kczaj�cej i cz�sto zmieniaj�cej za rysy wszystkich odleg�ych przedmiot�w na
Ziemi.
Te g�ry mia�y dziesi�� tysi�cy st�p. Pi�y si�
wzwy� tak stromo, jakby jaki� podziemny wybuch wypchn�� je w g�r� poprzez
stopion� powierzchni� Ksi�yca. Nawet ich najbli�sze podn�a by�y zas�oni�te
silnie zakrzywion� powierzchni� r�wniny, bo Ksi�yc jest bardzo ma�� planetk�.
Od mego punktu widzenia do horyzontu by�y mniej wi�cej dwie mile.
Podnios�em wzrok ku szczytom, na kt�re nie wspi�� si�
jeszcze �aden cz�owiek. Zanim narodzi�o si� �ycie na Ziemi, one ju� widzia�y
tutaj jak opadaj�ce oceany w pos�pnym milczeniu zst�puj� do grob�w, grzebi�c
wraz z sob� nadzieje i obietnice poranka tej planety. �wiat�o s�oneczne oblewa�o
bastiony g�r, odblask razi� oczy, cho� tu� nad nimi gwiazdy b�yszcza�y
nieruchomo na niebie czarniejszym, ni� w zimow� ziemsk� noc.
Odwracaj�c si�, k�tem oka pochwyci�em metaliczny b�ysk
wysoko na grzbiecie wielkiego p�wyspu, o trzydzie�ci mil na zach�d wcinaj�cego
si� w morze. By� to bezwymiarowy punkt �wiat�a, podobny do gwiazdy zerwanej z
nieba ostrzem kt�rego� z tych okrutnych szczyt�w. Pomy�la�em, �e s�o�ce odbija
si� prosto w oczy od g�adkiej powierzchni jakiej� ska�y. Takie zjawiska nie
nale�a�y do rzadko�ci. W drugiej kwadrze Ksi�yca obserwatorzy z Ziemi mog�
czasem ujrze�, jak wielkie �a�cuchy g�rskie na Oceanus Procellarum p�on�
niebiesko bia�ym blaskiem. �wiat�o s�oneczne odbija si� od ich zboczy, rzucaj�c
b�yski �wiat�a z planety na planet�. Ale by�em ciekaw, jaka to ska�a mo�e
�wieci� tak jasno w g�rze. Wspi��em si� do wie�yczki obserwacyjnej i skierowa�em
nasz czterocalowy teleskop wprost na wsch�d.
Nie
ujrza�em prawie nic, ale by�o tego do��, by si� zaniepokoi�. Szczyty g�r, ostre
i wyra�ne w polu widzenia, le�a�y, zdawa�oby si�, ledwie o p� mili. To jednak,
co zwr�ci�o moj� uwag�, ci�gle by�o zbyt ma�e, by je zidentyfikowa�. A przecie�
zdawa�o si� mie� jak�� nieuchwytn� symetri�; wierzcho�ek za� g�ry, na kt�rym
spoczywa�o, by� dziwnie p�aski. D�ugo wysila�em wzrok patrz�c na t� b�yszcz�c�
zagadk�, a� wreszcie zapach spalenizny dolatuj�cy z kambuza u�wiadomi� mi, �e
nasze kie�baski �niadaniowe odby�y podr� d�ugo�ci �wierci miliona mil
nadaremnie.
Przez ca�y ranek posuwali�my si� przez
Mare Crisium. G�ry na zachodzie pi�trzy�y si� coraz wy�ej. Wychodzili�my w
skafandrach po okazy geologiczne, ale nawet w�wczas trwa�a dyskusja przez radio.
Jest absolutnie pewne - dowodzili mi koledzy - �e na Ksi�ycu nie istnia�o �ycie
rozumne. Nigdy i w �adnej formie. Jedyne istoty �ywe kiedykolwiek tu istniej�ce
to par� prymitywnych ro�lin i ich nieco mniej zdegenerowani przodkowie.
Wiedzia�em o tym tak samo dobrze jak wszyscy, ale zdarzaj� si� sytuacje, gdy
naukowiec musi porzuci� obaw�, �e wyjdzie na durnia.
-
S�uchajcie - powiedzia�em w ko�cu - p�jd� tam cho�by dla spokoju mego sumienia.
Ta g�ra ma poni�ej dwunastu tysi�cy stop. Czyli, przeliczaj�c na grawitacj�
ziemsk�, ledwie dwa tysi�ce. Wycieczka potrwa dwadzie�cia godzin. Tak czy
inaczej zawsze mia�em ochot� p�j�� w te g�rki, a w�a�nie mam doskona�y pretekst.
- Je�li nie z�amiesz karku - powiedzia� Garnett. - Gdy
wr�cimy do bazy staniesz si� po�miewiskiem ca�ej ekspedycji. A g�r�
prawdopodobnie nazw� Szale�stwem Wilsona.
- Nie z�ami�
karku - odpowiedzia�em zdecydowanie. - Kto pierwszy wszed� na Pico i na Helikon?
- Czy nie by�e� wtedy odrobin� m�odszy? - spyta�
�agodnie Louis.
- Tym bardziej - odpar�em z godno�ci�
- mam pow�d, by i�� teraz.
Tego wieczoru wcze�nie
poszli�my spa�, podjechawszy traktorem na p� mili od przyl�dka. Garnett mia�
rano wyj�� ze mn�. By� dobrym alpinist� i nie jeden raz towarzyszy� mi w takich
wyczynach. Nasz kierowca by� wyra�nie zadowolony, �e zostawiamy go, by opiekowa�
si� maszyn�.
Na pierwszy rzut oka urwiska wydawa�y si�
nie do przebycia. Ale na planecie, gdzie wszystko wa�y jedn� sz�st� tego, co na
Ziemi, wspinaczka jest �atwa dla ka�dego, kto nie ma l�ku przestrzeni. Jedynym
niebezpiecze�stwem alpinizmu ksi�ycowego mo�e by� tylko nadmierna pewno��
siebie. Upadek za� z wysoko�ci sze�ciuset st�p na Ksi�ycu mo�e zabi� r�wnie
skutecznie, jak ze stu na Ziemi.
Pierwszy post�j
zrobili�my na szerokiej p�ce skalnej, okuto czterystu st�p nad poziomem
r�wniny. By�em z tego zadowolony, bo nienawyk�e do wysi�ku ko�czyny zesztywnia�y
mi pomimo niezbyt trudnego wej�cia. Z tej wysoko�ci nasz traktor wygl�da� jak
ma�y metalowy owada. Nadali�my do kierowcy sprawozdanie z przebiegu wspinaczki.
Horyzont oddala� si� z godziny na godzin� i wida� by�o
coraz wi�ksz� po�a� r�wniny. Si�gali�my wzrokiem ju� na pi��dziesi�t mil w g��b
morza, wida� by�o nawet szczyty g�r na przeciwleg�ym, oddalonym o sto mil jego
brzegu. Tylko nieliczne z wielkich r�wnin ksi�ycowych s� tak g�adkie, jak Mare
Crisiurri. Mogli�my sobie niemal wyobrazi�, �e o dwie mile pod nami le�y nie
morze ska�, lecz wody. Z�udzenie psu�a tylko grupa krater�w nisko nad
horyzontem.
Grzbiet g�ry nadal zas�ania� przed nami
cel wyprawy i posuwali�my si� korzystaj�c z mapy i bior�c Ziemi� za punkt
orientacyjny. Jej wielki srebrny sierp w pierwszej kwadrze sta� niemal dok�adnie
na wsch�d od nas. Wkr�tce s�o�ce i gwiazdy powolnym ruchem przesun� si� po
niebie i znikn� nam z pola widzenia, ale Ziemia zawsze pozostanie na swym
miejscu, rosn�c lub malej�c przez wszystkie kwadry w miar�, jak p�yn�� b�d� lata
i pory roku. Za dziesi�� dni stanie si� ol�niewaj�cym kr�giem, o p�nocy
zalewaj�c te ska�y blaskiem pi��dziesi�ciokrotnie ja�niejszym od ziemskiej pe�ni
Ksi�yca. Ale z g�r musimy zej�� na d�ugo przed noc� - lub pozosta� w nich na
zawsze.
Temperatura wewn�trz skafandr�w by�a
przyjemna; uk�ady ch�odzenia skutecznie walczy�y z �arem pal�cego s�o�ca i
odprowadza�y nadmiar ciep�a naszych zm�czonych cia�. Odzywali�my si� rzadko,
tyle tylko, ile potrzeba dla przekazania wskaz�wek co do wspinaczki i om�wienia
najlepszego planu wej�cia. Nie wiem co my�la� Garnett. Zapewne to, �e da� si�
wci�gn� w najbardziej bezsensowni wypraw� swego �ycia. Niemal si� z nim
zgadza�em, ale rado�� wspinaczki, �wiadomo��, �e nikt i nigdy nie szed� t�dy
przed nami oraz dobry humor wywo�any coraz szerszymi krajobrazami, by�y dla mnie
zupe�nie wystarczaj�c� nagrod�.
Nie przypominam sobie,
by widok �ciany skalnej, kt�rej niedawno przygl�da�em si� przez teleskop z
odleg�o�ci trzydziestu mil, podnieci� mnie w szczeg�lny spos�b. O pi��dziesi�t
st�p wy�ej ko�czy�a si� ona poziom� p�aszczyzn�, na niej za� czeka�o to, co
zwabi�o mnie przez ja�ow� pustk�. Prawie na pewno by� to zaledwie wielki g�az,
rozbity przed wiekami uderzeniem meteorytu o powierzchni� prze�omu nadal
b�yszcz�cej w tej niezmiennej i niezm�conej ciszy.
Na
�cianie nie by�o uchwyt�w dla r�k, musieli�my wi�c u�y� kotwicy. Do mych
zm�czonych ramion zdawa�y si� nap�ywa� nowe si�y gdy zakr�ci�em nad g�ow�
tr�jz�bn� kotwiczk� i pos�a�em j� w gor�, ku gwiazdom. Za pierwszym razem nie
zahaczy�a si� i gdy poci�gn�li�my za link�, powoli opad�a w d�. Za trzeci�
pr�b� pazury chwyci�y i nawet nasz ��czny ci�ar nie ruszy� jej z miejsca.
Garnett spojrza� na mnie z niepokojem. Domy�la�em si�,
�e wola�by wej�� pierwszy, ale u�miechn��em si� tylko do niego przez szyb� he�mu
i potrz�sn��em g�ow�. Powoli, bez po�piechu zacz��em ostatni etap wspinaczki.
Nawet w skafandrze kosmicznym wa�y�em tutaj ledwie
czterdzie�ci funt�w, wci�gn��em si� wi�c na r�kach bez pomocy n�g. Na kraw�dzi
zatrzyma�em si� i pomacha�em towarzyszowi. A potem przetoczy�em si� przez
kraw�d� i stan��em na nogi, patrz�c przed siebie.
Musicie zrozumie�, �e a� do tej chwili by�em brawie
pewien, �e nie zastan� tutaj nic dziwnego czy niezwyczajnego. Prawie - ale
niezupe�nie. I ta w�a�nie dr�cz�ca w�tpliwo�� pop�dza�a mnie naprz�d. No c�,
w�tpliwo�ci ju� nie by�o. Natomiast udr�ki dopiero si� zaczyna�y.
Sta�em na platformie o �rednicy zaledwie stu st�p.
Kiedy� by�a g�adka - zbyt g�adka, by mog�a by� naturaln� - ale padaj�ce
meteoryty od niepami�tnych czas�w pali�y �arem i ry�y jej powierzchni�. Wyci�to
j� jako podstaw� dla b�yszcz�cej, z grubsza piramidalnej struktury, dwa razy
wy�szej od cz�owieka, osadzonej w skale jak gigantyczny wielo�cienny klejnot.
W ci�gu tych kilku pierwszych sekund nie odczuwa�em
chyba �adnej emocji. A potem - wielkie, nag�e wzruszenie i nieopisana rado��. Bo
kocha�em Ksi�yc, a teraz ju� mia�em dow�d, �e pn�ce mchy na kraterach
Arystarcha i Eratostenesa nie by�y jedyn� form� �ycia, jak� wyda� na �wiat w
czasach swej m�odo�ci. A wi�c, mimo wszystko, istnia�a kiedy� cywilizacja
ksi�ycowa, a ja by�em jej pierwszym odkrywc�. Nie martwi�o mnie, �e z
op�nieniem stu milion�w lat; wa�ne by�o to, �e odkry�em w og�le.
M�j m�zg zacz�� teraz normalnie funkcjonowa�,
analizowa� i zadawa� pytania. Czy by� to budynek, miejsce kultu czy co� bez
nazwy w moim j�zyku? Je�li budynek, czemu wzniesiono go w tak skrajnie
niedost�pnym miejscu? Czy mog�aby to by� �wi�tynia? Wyobrazi�em sobie kap�an�w
nieznanego kultu, zanosz�cych do swych bog�w b�agania o ratunek, gdy �ycie
uchodzi�o wraz z umieraj�cymi oceanami, a przecie� b�agaj�cych nadaremnie.
Zrobi�em kilkana�cie krok�w, by z bliska przyjrze� si�
tej rzeczy, ale wstrzyma�a mnie nagle obudzona ostro�no��. Mia�em troch�
wiadomo�ci z archeologii, stara�em si� wi�c odgadn��, jaki m�g� by� poziom
rozwoju cywilizacji, kt�ra zr�wna�a wierzcho�ek g�ry i zbudowa�a lustrzane
powierzchnie, kt�rych blask ci�gle mnie o�lepia�.
Egipcjanie - my�la�em - mogliby tego dokona�, gdyby
ich robotnicy dysponowali niezwyk�ym materia�em, kt�rego u�ywali ci o ile�
staro�ytniejsi architekci. Niewielki rozmiar konstrukcji nie nasuwa� my�li, by
by�a ona dzie�em gatunku bardziej rozwini�tego, ni� moj w�asny. My�l, �e na
Ksi�ycu w og�le istnia� rozum, by�a ci�gle zbyt wielka do poj�cia, a ludzka
duma nie pozwoli�a mi na wyci�gniecie ostatecznych, upokarzaj�cych wniosk�w.
I wtedy zobaczy�em co�, od czego w�osy zje�y�y mi si�
na g�owie. Co� tak b�ahego i niewinnego, �e wielu nie zwr�ci�oby na to w og�le
uwagi. Wspomnia�em ju�, �e platforma pokrywa�y �lady uderze� meteoryt�w, le�a�a
te� na niej parocalowa warstwa py�u kosmicznego, kt�ry zawsze pokrywa
powierzchnie ka�dej planety, gdzie nie wiej� wiatry, kt�re by go roznios�y. Ale
py� i blizny meteorytowe urywa�y si� nagle na obwodzie wielkiego ko�a
otaczaj�cego ma�� piramidka, jakby niewidzialna �ciana chroni�a j� od
zniszczenia przez dzia�anie czasu i powolne, lecz nieustanne bombardowanie z
kosmosu. Us�ysza�em wrzask w s�uchawkach i zrozumia�em, �e to Garnett wzywa mnie
od d�u�szego czasu. Zrobi�em kilka niepewnych krok�w nad brzeg urwiska i nie
mog�c wydoby� g�osu, skin��em by do mnie do��czy�. I zn�w zawr�ci�em do ko�a w
warstwie py�u. Podnios�em kawa�ek ska�y i lekko rzuci�em w kierunku b�yszcz�cej
zagadki. Nie zdziwi�bym si�, gdyby kamyk znik� w niewidzialnej zaporze. Ale
zdawa�o si�, �e trafi� w g�adk�“p�kulist� powierzchnie i powoli osun�� si� na
ziemi�.
Wiedzia�em ju�, �e patrz� na co�, z czym moja
rasa w staro�ytno�ci nie mog�aby si� zmierzy�. Nie by�a to budowla, lecz
maszyna, chroni�ca si� si�ami rzucaj�cymi wyzwanie Wieczno�ci. Jakiejkolwiek
by�y natury, dzia�a�y nadal i mo�e podszed�em ju� zbyt blisko. Pomy�la�em o
wszystkich rodzajach promieniowania, kt�re cz�owiek ujarzmi� i oswoi� w minionym
stuleciu. Zda�em sobie sprawa, �e je�li wkroczy�em na �mierciono�ny,
bezd�wi�czny obszar dzia�ania nieekranowego reaktora atomowego, jestem
nieodwo�alnie skazany.
Pami�tam, �e zwr�ci�em si�
w�wczas do Garnetta, kt�ry podszed� i stan�� ko�o mnie nieruchomo. Wygl�da�o,
jakby zupe�nie nie zdawa� sobie sprawy z moje, obecno�ci. Nie przeszkadza�em mu
i by uporz�dkowa� my�li odszed�em na brzeg urwiska. G��boko pode mn� le�a�o Mare
Crisium - zaiste Morze Kryzys�w dla wi�kszo�ci ludzi obce i dziwne, lecz dla
mnie uspokajaj�co znajome. Podnios�em wzrok ku sierpowi Ziemi stoj�cej w orszaku
gwiazd i my�la�em, co skrywa�y jej ob�oki w okresie; gdy tutaj nieznani
budowniczowie uko�czyli prace. Czy by� to okres karbo�ski z paruj�cymi
d�unglami, nagie wybrze�a, na kt�re musia�y wype�zn�� pierwsze stwory
ziemnowodne, by podbi� sta�y l�d, czy te� by�o to jeszcze wcze�niej, w czasie
d�ugiej samotno�ci zanim pojawi�o si� �ycie?
Nie
pytajcie mnie, czemu wcze�niej nie odgad�em prawdy - prawdy, kt�ra teraz wydaje
si� tak oczywista. W pierwszym podnieceniu mym odkryciem, przyj��em za
oczywiste, �e ta kryszta�owa zjawa zosta�a wybudowana przez rasy z odleg�ej
przesz�o�ci Ksi�yca. Ale nagle z przemo�n� si�� ogarn�o mnie przekonanie, �e
by�a ona tak obca Ksi�ycowi jak ja sam.
Przez
dwadzie�cia lat nie odkryli�my na Ksi�ycu innych �lad�w �ycia, ni� par�
zdegenerowanych ro�lin. �adna cywilizacja ksi�ycowa nie mod�a pozostawi�
�adnego �ladu swego istnienia. -Zn�w spojrza�em na b�yszcz�c� piramid� i wyda�a
mi si� bardziej obca, ni� cokolwiek maj�cego zwi�zek z Ksi�ycem. I nagle
poczu�em, �e trz�s� si� od idiotycznego, histerycznego �miechu wywo�anego
podnieceniem i przem�czeniem - bo wyobrazi�em sobie, �e piramidka odezwa�a si�
do mnie: “Przepraszam, ale ja tak�e jestem nietutejsza".
Dwadzie�cia lat zu�yli�my, aby rozbi� t� niewidzialn�
kopu�� i dosta� si� do wn�trza krystalicznych �cian. Czego nie mogli�my
zrozumie�, roztrzaskali�my na koniec dzik� si�� atomowej energii. Potem
obejrza�em szcz�tki tej cudnej, b�yszcz�cej rzeczy, kt�r� znalaz�em wysoko na
szczycie g�ry. Nie maj� �adnego sensu. Mechanizmy - o ile w og�le by�y to
mechanizmy - piramidy by�y produktem technologii le��cej daleko poza horyzontami
naszych mo�liwo�ci, by� mo�e technologii si� para psychicznych.
Tajemnica dr�czy nas tym bardziej dzi�, gdy
dosi�gli�my innych planet i wiemy, �e tylko Ziemia mog�a kiedykolwiek by�
siedzib� rozumnego �ycia. �adna z zaginionych cywilizacji naszej planety te� nie
mog�a zbudowa� tej maszyny, bo grubo�� pok�adu py�u meteorytowego na platformie
pozwoli�a nam okre�li� jej wiek. Wykonano j� zanim �ycie zrodzi�o si� z
ziemskich m�rz.
Gdy nasz �wiat liczy� po�ow� swego
obecnego wieku, c o � przyby�o z gwiazd, przemkn�o przez system s�oneczny,
pozostawi�o dow�d swego pobytu i zn�w ulecia�o w dalsz� droga. Maszyna, zanim j�
zniszczyli�my, realizowa�a zamiary swych tw�rc�w. A jakie one by�y, mog� si�
tylko domy�la�.
W naszej galaktyce kr��y prawie sto
miliard�w gwiazd i dawno temu, inne rasy na planetach innych s�o�c, wspi�y si�
na szczyty, kt�re my�my osi�gn�li, a potem min�y je. Pomy�lcie o ich pradawnych
cywilizacjach z zarania Stworzenia, o panach wszech�wiata tak m�odego, �e �ycie
ledwie si� zrodzi�o na garstce planet. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazi� ich
samotno�ci, samotno�ci bog�w, kt�rzy badaj� niesko�czono�� i nie znajduj�
nikogo, kto m�g�by dzieli� ich my�li.
Musieli
przeszukiwa� gwiazdozbiory jak my planety. Wsz�dzie znajdowali �wiaty- puste lub
zape�nione bezm�zgimi, pe�zaj�cymi stworami. Tak� te� by�a nasza Ziemia, z
niebem zaci�gni�tym dymami wulkan�w, gdy pierwszy statek lud�w zarania wynurzy�
si� z otch�ani poza orbit� Plutona. Min�� zlodowacia�e planety zewn�trzne,
wiedz�c, �e �ycie nie jest zapisane w ich przeznaczeniu: Zatrzyma� si� w�r�d
wewn�trznych, grzej�cych si� w ogniu S�o�ca i oczekuj�cych na pocz�tek swych
dziej�w.
W�drowcy musieli ujrze� Ziemi�, kr���c�
bezpiecznie w w�skiej strefie mi�dzy ogniem i lodem i odgadn��, �e jest to naj
ulubie�sze ze wszystkich dzieci S�o�ca. Tu w odleg�ej przysz�o�ci b�dzie istnie�
rozum. Lecz na podr�nik�w czeka�y jeszcze niezliczone gwiazdy, tutaj by� mo�e
ju� nigdy nie wr�c�.
Zostawili wiec wartownika,
jednego z miliard�w jakie rozsieli w kosmosie, czuwaj�cych nad wszystkimi
planetami nios�cymi obietnic� �ycia. By� latarni�, cierpliwie przez wieki
sygnalizuj�c� fakt, �e nikt jej nie odkry�. .
Teraz
by� mo�e rozumiecie; czemu piramid� umieszczono na Ksi�ycu, a nie na Ziemi. Nie
obchodzi jej budowniczych rasa, ledwie sil�ce si�, by wyj�� ze stanu dziko�ci.
Zainteresuj� si� nasz� cywilizacj� w�wczas dopiero, gdy dowiedziemy naszej
zdolno�ci przetrwania - przez wyj�cie w przestrze� kosmiczn� z naszej kolebki,
Ziemi. Ka�dy rozumny gatunek musi wcze�niej czy p�niej podj�� to wyzwanie.
Wyzwanie podw�jne, a zale�ne zar�wno od opanowania energii atomowej, jak od
dokonania ostatecznego wyboru miedzy �yciem a �mierci�.
Gdy przetrwali�my ten kryzys, znalezienie piramidy i
otwarcie jej si�� by�o tylko kwesti� czasu. Teraz jej sygna�y zamilk�y. Ci za�,
kt�rych jest to zadaniem, zwr�c� uwag� ku Ziemi. Mo�e zechc� dopom�c naszej
niemowl�cej cywilizacji. Ale musz� by� ju� bardzo, bardzo starzy, a starzy
czysto bywaj� szale�czo zazdro�ni o m�odych.
Nie umiem
ju� patrze� na Drog� Mleczn� nie my�l�c o tym, z kt�rej z tych g�stych chmur
gwiezdnych nadchodz� ku nam wys�annicy. Je�li wybaczycie mi tak trywialn�
analogi�, st�ukli�my szyb� w sygnalizatorze po�arowym i teraz ju� nic nie mo�emy
zrobi�. Ty ko czeka�.
Nie s�dz�, by�my mieli czeka�
d�ugo.
przek�ad :
powr�t |
|